Eat. Sleep. Ride. Repeat. Czyli 7 kolarskich dni we włoskich Dolomitach.

O wyjeździe na 100 edycję wyścigu Giro d’Italia pomyślałem zaraz po ukazaniu się trasy wyścigu. W 2013 r. byliśmy na setnej edycji Tour de France, więc tej edycji Giro nie mogliśmy przepuścić, a  uważam że Giro to jest jeden z najciekawszych wyścigów. Dolomity wybrałem jako lokalizację naszej bazy głównie ze względu na piękne przełęcze oraz brak naszych śladów na Stravie w tym rejonie 😉

Na parę dni przed wyjazdem prognozy nie napawały optymizmem, dlatego stwierdziłem, że pasuje zrobić dość konkretne road tripy na samym początku wyjazdu, a później zobaczymy co się będzie działo. Po drodze na granicy austriacko – niemieckiej w ramach akcji „Europa bez granic” usłyszeliśmy ‚halt!’. Powiedzmy, że miły Pan z karabinem wypytał o wszystko co się dało.

italian dolomites

Dzień 1 – Przyjazd

Po 15h godzinach jazdy dotarliśmy do naszej bazy w Pozza di Fassa. Pogoda była świetna, a więc pierwsza nasza myśl – jedziemy chwilę pokręcić. Całkiem przypadkiem wyjechaliśmy na Passo Rolle.

Muszę przyznać, że to jedna z ładniejszych przełęczy, a sam podjazd od Predazzo jest bardzo lekki. Z krótkiej przejażdżki 1,5h zrobiła nam się troszkę dłuższa jazda. Patrząc z perspektywy kolejnych dni – 3h jazdy to była mała rozgrzewka.

passo rolle ascent
fot. Michał Makyo

link do trasy na Stravie: https://www.strava.com/activities/998998281

UWAGA! Pełna lista tras z mapkami dostępna TUTAJ

Dzień 2 – Dolomity w pigułce

Dlaczego w pigułce ? Dlatego, że do przejechania wytyczyliśmy sobie „tylko” 6 przełęczy w tym kultowe Passo Sella, Pordoi, Giau, Gardena oraz Valparola i Falzarego. Pętla miała ciut powyżej 160km i 4600m przewyższenia.

Po starcie z domu kierujemy się na Passo Sella, niestety Piotrek skręca w prawo na Pordoi. Będąc już na Selli kontaktujemy się z nim, żeby jechał trasą naprzeciw nam, a my kierujemy się w stronę Gardeny. Na Gardenę mamy krótki podjazd. W drodze na przerwę, którą mamy zaplanowaną w Cortinie, musimy jeszcze pokonać dwie przełęcze. W trakcie przerwy na niebie robi się granatowo i zapowiada się ciekawy powrót. Z telefonicznych relacji Piotrka słyszymy, że na Giau jest ulewa, a wcześniej padał śnieg.

zjazd z passo sella - passo sella descent

fot. Michał Makyo

Wyjścia większego nie mamy i zaczynamy podjeżdżać na Passo Giau ( najkrótsza droga do domu prowadzi przez dwie przełęcze ). Mamy duże szczęście , podjeżdżając na Giau chmury przechodzą nad Cortine i niebo nad nami robi się jaśniejsze. Zjazd nie należy do tych przyjemnych, mokry i stoi pełno wody. Uważamy, żeby w pierwszy dzień się nie porozbijać.

fot. Michał Makyo

Po drodze Michał gubi okulary i czekamy na niego w jakimś barze / sklepie / kawiarni, takie włoskie wszystko w jednym. Na podjeździe pod Pordoi rozdzielamy się i dzielimy 2 lampkami na dwie grupki. To co mogę Wam polecić to wieczorny pobyt na przełęczy.  Cisza, spokój, piękne widoki i świstaki 🙂 Jedyny okres, w którym przełęcze są wolne od motocykli.

Do domu docieramy ledwo żywi późnym wieczorem zatarci w pierwszy dzień.

Typowy epic ride 😉

link do trasy: https://www.strava.com/activities/1000755871/

 

Dzień 3 – Zatarcie się na amen

Tego dnia przejechaliśmy już tylko 5 przełęczy – Passo Pordoi, Passo Campalongo, Passo Valparola, Falzarego i Passo Fedaia, a więc odpoczynek. W cyferkach też to wygląda mniej groźnie – 120km i 3300 przewyższenia. Passo Pordoi jest świetne, bardzo ładne widoki oraz stosunkowo łatwe podjazdy z obu stron jak i przyjemne zjazdy.

fot. Michał Makyo

Nowością na trasie jest Passo Campalongo, którego zbytnio nie mogę polecić. Na przełęczy widoków brak. Podjazd od Arabby nie jest też zbytnio interesujący, jedynie trochę sytuację ratuje zjazd do Corvary. Pogodę tego dnia mamy dobra, a więc na zjeździe z Falzarego możemy poszaleć. Passo Falzarego jest mniej komercyjnym miejscem, więc jest mniej motorów, co dla nas i innych kolarzy jest dużym plusem.

fot. Michał Makyo

Wracamy trochę inaczej czyli przez Passo Fedaia. Nikt z nas nie wiedział, że jest tam taka sztajfa. Pierwszy raz w tym roku łapie mnie delikatna bomba i tylko odliczam kilometry do końca przełęczy 🙂 Krzysiek z Kubą zjeżdżają niczym udaje mi się wdrapać na górę.

fot. Michał Makyo – W Canazei miasteczko dla kibiców już przygotowane

Do domu jest już tylko w dół, idealna sytuacja na koniec traski. Po wejściu do domu łapie kapcia – fart dnia 😉

link do trasy na Stravie: https://www.strava.com/activities/1001816151

Dzień 4 – Recovery ride

Przyjmujemy taktykę „jeździmy dopóki nie załamie się pogoda”, a więc wybraliśmy się na dwie sąsiednie przełęcze, na których nas jeszcze nie było – Passo San Pellegrino i  Passo Valles. Na początkowym etapie podjazdu roztacza się ładny widoczek na miasteczko, niestety dalej jest już tylko las 🙂

Podjeżdżając mijamy liczną grupę z UAE Team Emirates, próbujemy rozpoznać kolarzy, ale kiepsko nam to idzie. Zbyt szybko zjeżdżają 🙂 Pod samym szczytem mijamy jeszcze osamotnionego Sky’owca, prawdopodobnie Moscona. Na zjeździe jest miejsce, w którym możemy się solidnie rozbujać.

Ruch w tym rejonie już jest praktycznie zerowy, więc to co kolarze lubią najbardziej. Po paru kilometrach przyjemnego zjazdu odbijamy na Passo Valles, w dość wąska dróżkę. Tempo utrzymujemy podobne do niemieckich emerytów jeżdżących na elektrycznych wózkach 🙂 Jedyne co pchało nas do przodu  to myśl o etapie Giro  kończącym się w Canazei, a więc 8 km od naszego domu.

Z Passo Valles zjeżdżamy w kierunku Predazzo, wąska krętą dróżką, na której można bezkarnie ścinać zakręty . Razem z Krzyśkiem dokręcamy ile tylko możemy, żeby trochę lepiej się pobawić 🙂 Od Predazzo do domu mamy nawet niezłe tempo, chyba najlepsze tego dnia, a całą drogę jest troszkę pod górkę.

Po szybkim pit stopie w domu jedziemy ustawić się przy trasie na małym wzniesieniu. Miejsce okazuje się strzałem w dziesiątkę, kolarze jadą tu troszkę wolniej i możemy im pokibicować oraz porobić zdjęcia. W miejscu, którym staliśmy było jakieś 6 km do mety, Rolland ( późniejszy zwycięzca etapu ) nie miał jeszcze tak dużej przewagi, ale już jechał przed grupką.

fot. Michał Makyo

Tradycyjne kończymy w lokalnej pizzerii i tym miłym akcentem kończymy długi dzień. Tego wieczoru przyjeżdża do nas Michał (53×11.pl). Relacja Michała z wyjazdu w Dolomity na jego blogu .

Przebyta traska przed etapem Giro: https://www.strava.com/activities/1003329388

Dzień 5 – 18-ty etap Giro

Pierwszym naszym pomysłem było kibicowanie na Passo Pordoi, jednak całą ekipą podjęliśmy decyzję, żeby zatrzymać się pokibicować na Gardenie, gdyż liczyliśmy na ataki na tej przełęczy.

Musieliśmy się szybko zbierać, żeby zdążyć wyjechać na Pordoi przed peletonem, a rano ciężko było się wybrać.  Był to nasz najszybszy wjazd na górę. Po drodze minęliśmy tak mniej więcej 3 dywizjony CCC. 😉 Na Pordoi zaliczamy szybkie espresso z croissantem i lecimy na Passo Campalongo , a dalej na Gardene. Na przyjazd peletonu czekamy około godziny. Biorąc pod uwagę z jaką my prędkością podjeżdżaliśmy Gardenę, to zawodowcy lecieli , a nie jechali. 🙂

fot. Michał Makyo

Po cichu liczyliśmy na ataki Nibalego, niestety atakował Quintana… Peleton zbytnio nie przejął się jego atakiem i nie przyśpieszył. Po całym zamieszaniu pozostało nam wjechanie na Passo Sella. Przełęcz jest piękna z każdej strony, będzie to chyba moja ulubiona przełęcz w Dolomitach. Jest tam cudnie, strzeliste skały oraz świetna droga.

fot. Michał Makyo

Track: https://www.strava.com/activities/1005273235

Dzień 6 – Doppio Stelvio

Po dwóch dniach względnego „odpoczynku” opuszczamy tymczasowo Dolomity i atakujemy Passo dello Stelvio. Jedną z najbardziej kultowych kolarskich przełęczy. Na Stelvio byłem już 5 lat temu podczas Giro 2012, ale wtedy udało nam się podjechać tylko od strony Bormio.

orzełek
Wyżej dziś nikt nie był

Cała ekipa była ciekawa podjazdu od Prato. Niestety ta strona ma pewną wadę – ogromną ilość motorów. Podczas naszego podjazdu doszło do dwóch wypadków z ich udziałem. Nie da się policzyć ile motorów mija nas na podjedzie często jadąc ponad 100km/h oraz mijając nas na centymetry. Pierwsze 10-12 km jest dość nudne, widoki pojawiają się na kultowych serpentynach. Na dodatek podjeżdżamy tempem emerytów i rencistów, a więc trochę się nam ciągnie 😉

podjazd na Stelvio. Piotrek w koszulce Ride for Pink by Luxa

Na przełęczy jest naprawdę piękny widok na serpentyny oraz słychać odgłosy motorów jakby był to tor MotoGP …..  Rozdzielamy się na dwie ekipy. Chora ekipa zjeżdża od razu do Szwajcarii, a ja wraz z Kubą i Michałem zjeżdżamy do Bormio. Na zjeździe muszę zatrzymać się przed tunelem na czerwonym, a w tym czasie dojeżdża Michael Matthews wraz z drugim kolarzem z Team Sunweb.

Michael Matthews z ekipą Luxa i Kubą

drobny kontrast
‚w sumie nie pomyślałem, że można tu wyjechać czymś innym niż rowerem’

Na serpentynach troszkę gubię koło, ale później jadę już z nimi bez problemu. Rozstaję się z prosami przy skręcie na Livigno. W Bormio robimy krótki przystanek i wracamy na Stelvio. Podjazd od Bormio jest dużo przyjemniejszy. Cały czas mamy ładne widoczki, a na dodatek jest dużo mniejszy ruch. Dojeżdżamy na Stelvio prawie o 17, troszkę już zmęczeni, ale o tej godzinie jest 18 stopni. Po drodze spotykamy Marcusa Burghardta, który się chyba zasiedział na Stelvio, gdyż to nasze drugie spotkanie tego dnia. Zjazd do Szwajcarii jest cudowny, świetne widoki połączone z brakiem barierek zawsze robią dobre wrażenie.

ride for pink jersey at the top of stelvio pass

Przed miejscowością Santa Maria jest drugie epickie miejsce na tym zjeździe, a mianowicie segment serpentyn. Nie możemy się zdecydować czy zjeżdżać i dobrze się bawić czy lepiej się zatrzymać i porobić fajne zdjęcia. Wybór pada na obie opcje. 🙂

stelvio pass winter snow and cyclists
tak było zaraz za szczytem
to już 20 min później….

Dojeżdżając do Prato mamy już wszystkiego dosyć, myślimy już tylko o dobrym jedzeniu. Do domu mamy jeszcze ponad 2h jazdy autem, podczas których ścigamy się z czasem przed zamknięciem Lidla. 🙂

https://www.strava.com/activities/1006741629

 

Dzień 7 – Lazy day

Tego dnia już zbytnio nie chciało nam się jeździć, a więc pojechaliśmy do pobliskiej dolinki poleżeć na łące. Po dwóch godzinach leżenia oraz po wypiciu wszystkich trunków wróciliśmy na bazę.

Po ostatniej pizzy i kawce na tym wyjeździe skoczyliśmy jeszcze na pobliską górkę, która była chwilami mega sztywna. Wieczorem już nastąpiło najgorsze, czyli pakowanie się, żeby następnego dnia rano wyjechać jak najwcześniej i wrócić do domu. 🙁

dolomity photo day on gardeccia

 

Podsumowując…

To był piękny, ale ciężki tydzień. Lepiej trafić z pogoda nie mogliśmy, opaliliśmy się nie gorzej niż na Teneryfie. Poznaliśmy jedne z najbardziej kultowych i pięknych przełęczy.  W moim osobistym rankingu Passo Sella, Passo Pordoi oraz Passo Giau zajmują bardzo wysokie miejsca. Z innych przełęczy w rejonie można jeszcze polecić Passo Rolle oraz dwie przełęcze, które praktycznie są jednym podjazdem Paso Valparola oraz Passo Falzarego. Inne przejechane przez nas przełęcze są już mniej ciekawe.

Natomiast będąc w rejonie Passo dello Stelvio zamiast podjeżdżać / zjeżdżać do Prato proponuję wybrać się do Szwajcarii, bądź wrócić do Bormio i wybrać się na Gavie, która jest warta podjechania, a mniej komercyjna.

Dolomity to wyjątkowy rejon, piękne strzeliste szczyty z pewnością jest to rejon warty odwiedzenia.  Z pewnością jeszcze tam zawitamy.

Dominik

 

Pełna lista tras z mapkami dostępna TUTAJ

 

Galeria zdjęć z całego wpisu w pigułce:

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *